Zdrada zwykle nie zaczyna się w łóżku
Potrzebujemy rozmowy, dotyku, zachwytu, lekkości, radości i śmiechu. Potrzebujemy poczuć, że oprócz bycia rodzicem, pracownikiem czy organizatorem życia, nadal jesteśmy też kobietą i mężczyzną.
I właśnie wtedy pojawia się ktoś z zewnątrz. Ktoś, kto słucha. Ktoś, kto się uśmiecha. Ktoś, przy kim przez chwilę nie trzeba być silnym. I to działa jak ogromna ulga dla przeciążonego układu nerwowego.
Romans bardzo często nie zaczyna się od fascynacji kimś nowym. Zaczyna się od tęsknoty za sobą sprzed lat.
Za sobą lekkim, żywym, zauważonym, pożądanym, pełnym emocji i radości.
Bardzo często próbujemy leczyć samotność poza relacją, zamiast zatrzymać się i zobaczyć, co wydarzyło się między nami. Czego zabrakło. Czego już nie ma. Co nam umknęło. Jak bardzo przytłoczyło nas życie i rozwiązywanie codziennych problemów, że po drodze zapomnieliśmy o sobie nawzajem.
Bo zdrada zwykle nie zaczyna się w łóżku. Ona zaczyna się dużo wcześniej. W oddaleniu, w ogromnej samotności, w niewysłuchaniu, w niezauważeniu, w poczuciu, że nie jest się już dla nikogo ważnym ani atrakcyjnym.
Zaczyna się w braku czułości, przemęczeniu, niewypowiedzianych emocjach, w braku rozmowy i w życiu obok siebie zamiast razem.
Najbardziej niebezpieczny dla związku bardzo często nie jest trzeci człowiek. Najbardziej niebezpieczna jest samotność, o której przestaliśmy rozmawiać.
Samotność w związku jest jedną z najtrudniejszych samotności, jakich doświadczamy. Jesteśmy obok siebie każdego dnia, a jednocześnie coraz mniej czujemy się widziani, słyszani i ważni.
Coraz rzadziej patrzymy sobie w oczy z ciekawością. Coraz rzadziej uśmiechamy się do siebie, dotykamy się, jesteśmy dla siebie czuli. Coraz rzadziej rozmawiamy naprawdę o tym, co dzieje się w naszym sercu i w naszym życiu. Coraz częściej tylko organizujemy codzienność.
Mijamy się w kuchni, zasypiamy obok siebie, rozmawiamy głównie o obowiązkach i nawet nie zauważamy momentu, w którym zaczęliśmy być bardziej współlokatorami niż partnerami.
Miłość bardzo rzadko kończy się nagle. Najczęściej cichnie powoli w przemęczeniu codzienności, w braku czasu dla siebie, w zmęczeniu, które odbiera nam lekkość, czułość i ciekawość drugiego człowieka.
Nie kończy jej jeden moment. Najczęściej kończy ją wiele małych chwil, w których przestaliśmy się naprawdę spotykać.
A przecież relacja nie może opierać się wyłącznie na obowiązkach, zadaniach i przetrwaniu.
Potrzebujemy w związku także lekkości, radości, zabawy, flirtu, śmiechu, czułości i poczucia, że nadal jesteśmy dla siebie kimś wyjątkowym. Potrzebujemy mieć przy sobie kogoś, przy kim możemy odpocząć emocjonalnie. Kogoś, przy kim możemy znów poczuć siebie.
Tak naprawdę większość z nas nie myśli o tym, aby rozpocząć romans. Najczęściej po prostu ogromnie tęsknimy za tym, żeby znów poczuć się kochani, ważni, bliscy i atrakcyjni. Żeby ktoś się nami zaciekawił. Żeby ktoś nas zobaczył. Żeby ktoś chciał posłuchać tego, co dzieje się w naszym świecie i w naszym sercu.
Bo bardzo rzadko odchodzimy dla kogoś nowego. Najczęściej odchodzimy tam, gdzie znowu możemy poczuć, że żyjemy.
Bliskość nie wraca sama. Ale można ją odbudować, jeśli dwie osoby znów zaczną być siebie naprawdę ciekawe.
Romans bardzo rzadko zaczyna się od chęci zniszczenia relacji.
Najczęściej zaczyna się od ogromnego zmęczenia i głodu emocjonalnego.
Od miesięcy, a czasami lat, funkcjonujemy bardziej jako zespół do przetrwania niż para. Organizujemy życie, opłacamy rachunki, wychowujemy dzieci, rozwijamy się zawodowo, pilnujemy terminów, próbujemy nie zawalić pracy i jakoś dotrwać do weekendu.
W tym wszystkim bardzo łatwo gubimy siebie nawzajem.
Nie dlatego, że przestaliśmy się kochać, ale dlatego, że życie zabrało nam przestrzeń na bliskość.
A przecież jako ludzie potrzebujemy być widziani. Potrzebujemy czuć, że nadal jesteśmy ważni, atrakcyjni, interesujący i ciekawi świata.
Że ktoś patrzy na nas z zachwytem i zaciekawieniem, a nie tylko przez pryzmat codziennych obowiązków: „zrobiłeś?”, „zawiozłeś?”, „przygotowałaś?”, „zapłaciłeś?”.
@kagan-karatay

